Wyspy Owcze to fascynujący, wulkaniczny archipelag 18 wysp położony na
surowych wodach północnego Atlantyku. I choć stanowi on autonomiczną
część Królestwa Danii, to zachowuje swoją unikalną, dumną kulturę i
język wywodzący się wprost od wikingów. To miejsce, gdzie natura
dominuje nad cywilizacją. Na każdym kroku spotkacie tu strome klify
wrzynające się w ocean, spektakularne wodospady i wszechobecną, niemal
fluorescencyjną zieleń traw, którą niestrudzenie przystrzygają stada
owiec. Podróżowanie między wyspami to czysta przyjemność dzięki
niesamowitej infrastrukturze podwodnych tuneli, a zmienna, mglista
pogoda tylko dodaje temu miejscu mistycznego charakteru, czyniąc z Wysp
Owczych jeden z ostatnich tak autentycznych i nieodkrytych zakątków
Europy.
Tórshavn
Tórshavn
to jedna z tych stolic, które totalnie zaprzeczają definicji wielkiego
miasta. Leży na największej z Wysp Owczych, Streymoy, a jej nazwa
dosłownie oznacza „Port Thora”, tego nordyckiego boga od piorunów.
Co
jest w nim najlepsze? To, jak bez wysiłku łączy nowoczesność z
tradycją. Idziesz sobie przez historyczną dzielnicę Tinganes i nagle
lądujesz między czerwonymi, drewnianymi domkami z dachami porośniętymi
trawą. Do dzisiaj obraduje tam lokalny parlament, jeden z najstarszych
na świecie, co ma niesamowity klimat.
Kawałek
dalej warto podejść do fortu Skansin. Stoi na wzgórzu, skąd roztacza
się genialny widok na port i majaczącą w oddali wyspę Nólsoy. Kiedyś te
mury chroniły miasto przed piratami, a dziś to po prostu świetny punkt
widokowy.
Mimo że
Tórshavn to w zasadzie centrum dowodzenia całego archipelagu, w ogóle
tego nie czuć. Miasto ma super kameralny, spokojny vibe. Najlepiej po
prostu usiąść w jednej z kawiarni przy porcie, napić się dobrej kawy,
popatrzeć na kołyszące się na wodzie kolorowe łódki i poczuć ten
wyjątkowy miks surowego, atlantyckiego klimatu z nordycką historią w
tle.
Múlafossur
Múlafossur to jeden z najbardziej niezwykłych wodospadów na Wyspach Owczych. Jego wody spadają z klifu prosto do oceanu.
Tuż
obok leży niewielka wioska Gásadalur, która przez lata była odcięta od
świata. Można było dostać się tu jedynie pieszo przez góry lub łodzią.
Dopiero otwarcie tunelu w 2004 roku połączyło wioskę z resztą wyspy, ale
nadal można poczuć, jak odległe i wyjątkowe było to miejsce.
Jezioro Sørvágsvatn
Wyobraźcie sobie jezioro, które wygląda, jakby unosiło się setki metrów nad oceanem, rzucając wyzwanie wszelkim prawom fizyki. To nie jest Photoshop ani kadr z filmu fantasy. To Sørvágsvatn, największe jezioro na Wyspach Owczych.
Dlaczego
to miejsce totalnie oszukuje wzrok? Wszystko rozbija się o niesamowitą
iluzję optyczną. Jezioro tak naprawdę znajduje się zaledwie około 30-40
metrów nad poziomem morza. Jednak kiedy staniesz na odpowiednim klifie i
spojrzysz na nie pod właściwym kątem, wysokie, pionowe ściany skalne
sprawiają, że masz wrażenie, jakby woda wisiała dobre 200 metrów nad
wzburzonym Atlantykiem!
Żeby
zobaczyć tę słynną iluzję na własne oczy, czeka na Was godzinny,
całkiem przyjemny trekking. Wiatr potrafi tam urwać głowę, ale te widoki
są tego warte.
Kirkjubøur
Legendarny
szlak z Tórshavn do Kirkjubøur to 7-kilometrowa trasa zaczynająca się
na obrzeżach stolicy i prowadząca przez łagodne, choć momentami
kamieniste i błotniste zbocza.
Szlak
oferuje niesamowite widoki na wyspy Koltur, Hestur oraz Vágar i
wszędobylskie... owce. Idąc ścieżką oznaczoną tradycyjnymi kamiennymi
kopcami, mijamy spektakularną, naturalną kotlinę w skałach, w której od
XIX wieku miejscowi organizowali wielkie wiece publiczne. Na końcu
schodzimy prosto do Kirkjubøur maleńkiej, cichej osady, która w
średniowieczu była religijnym sercem całego archipelagu. Na miejscu
czekają potężne, surowe ruiny XIV-wiecznej Katedry św. Magnusa,
najstarszy działający na wyspach XIII-wieczny kościół św. Olafa z dawnym
okienkiem dla trędowatych oraz Kirkjubøargarður, czyli mający około 900
lat i wciąż zamieszkany przez tę samą rodzinę drewniany dom z
trawiastym dachem.
Suðuroy
Trekking
do Hvannhagi na wyspie Suðuroy to krótka, ale intensywna, 6-kilometrowa
trasa, która zaczyna się na obrzeżach miasteczka Tvøroyri. Szlak
prowadzi początkowo pod górę na górską przełęcz, skąd roztacza się
genialny widok na ocean oraz widowiskowe wyspy Stóra i Lítla Dímun.
Najbardziej wymagającym etapem jest bardzo strome, śliskie zejście do
wnętrza ukrytej kotliny. Na dnie tego zielonego amfiteatru czeka
magiczny, odizolowany od świata krajobraz z krystalicznym jeziorem
Hvannavatn, otoczonym potężnymi, pionowymi ścianami skalnymi.
Wisienką
na torcie jest poszukiwanie na wyspie ukrytego mostka nad przepaścią, z
którego roztacza się widok na majestatyczne klify.
Mykines
Maskonury to jeden z symboli Wysp Owczych, a Mykines jest miejscem, gdzie można obserwować je z bliska. To
właśnie dla maskonurów każdego roku tysiące osób pokonują długą drogę
na tę niewielką wyspę. Nam nie było łatwo. Pogoda od początku nie dawała
żadnej taryfy ulgowej, ściana deszczu, porywisty wiatr i przemoknięte
ubrania. Potem pojawiły się one... Niewielkie, niepozorne, z
charakterystycznymi kolorowymi dziobami, zupełnie niewzruszone tym, co
dla nas było walką z żywiołem.
Co istotne na Mykines płynie się nie tylko po to, żeby zobaczyć maskonury. Sama podróż jest też częścią tej przygody! Rejs
na wyspę był prawdziwym sprawdzianem. Statek mocno kołysał, fale dawały
o sobie znać, a momentami trudno było uwierzyć, że za chwilę dopłyniemy
do celu. Ale wystarczyło spojrzeć dookoła: monumentalne klify
wyrastające prosto z oceanu, rozsiane wysepki i bezkres północnego
Atlantyku tworzyły krajobraz, od którego trudno było oderwać wzrok.
Mykines
zachwyca od pierwszej chwili. To niewielka, odizolowana wyspa, na
której życie płynie własnym rytmem. Kolorowe domy, zielone zbocza,
strome klify i wszechobecna cisza sprawiają, że można odnieść wrażenie,
jakby czas się tutaj zatrzymał. To jedno z tych miejsc, gdzie droga do celu jest równie piękna jak sam cel.
Trasa z Saksun do Tjørnuvík
To
legendarny, jednokierunkowy szlak pieszy na wyspie Streymoy, łączący
dwie z najbardziej malowniczych i odizolowanych osad w archipelagu.
Wędrówka
ma długość około 6,5–7 km, a przejście trasy zajmuje średnio od 2,5 do 3
godzin. Szlak rozpoczyna się w Saksun, znanego z charakterystycznego
kościoła z darniowym dachem i laguny, po czym pnie się stromo w górę na
przełęcz. Zejście w kierunku północnym odsłania szeroką panoramę na
cieśninę Sundini oraz słynne formacje skalne Olbrzyma i Wiedźmy, kończąc
się bezpośrednio na czarnej, piaszczystej plaży w Tjørnuvík.
Wyspa Eysturoy
Trekking
na Eiðiskollur (343 m n.p.m.) to technicznie prosta, choć momentami
kondycyjna przeprawa. Szlak startuje na obrzeżach Eiði. Ścieżka prowadzi
przez podmokłe, trawiastych pastwiska, a im wyżej, tym bardziej
odsłania się panorama na otwarty Atlantyk. Celem jest jednak sama
krawędź klifu. Pionowa ściana opada tu kilkaset metrów prosto do oceanu.
Przy silnym wietrze, który na tej szerokości geograficznej jest normą,
to miejsce szybko uczy respektu do natury.
Z
wierzchołka doskonale widać dwie charakterystyczne, bazaltowe iglice
skalne wyrastające z wody: Risin i Kellingin (Olbrzym i Wiedźma). Według
lokalnej legendy to trolle, które pod osłoną nocy próbowały holować
Wyspy Owcze w stronę Islandii. Zaskoczone świtem, skamieniały z
pierwszymi promieniami słońca🤷♀️ Dziś te 70-metrowe ostańce, tworzą
jeden z najbardziej rozpoznawalnych kadrów w tej części Europy.
Po
zejściu ze szlaku warto zatrzymać się w samym Eiði. To spokojna,
rybacka osada, idealne jako baza wypadowa. Jeśli pogoda dopisuje, w
zasięgu krótkiej przejażdżki autem znajdują się kolejne atrakcje jak
chociażby Hvíthamar. Krótki, kilkunastominutowy spacer z parkingu na
przełęczy prowadzi do punktu widokowego nad spektakularnym, głębokim
fiordem Funningsfjørður.
Warto
odwiedzić też Gjógv, malowniczej wioski na samym końcu drogi, znanej z
naturalnej przystani ukrytej w głębokiej, skalnej rozpadlinie.
Wyspa Kalsoy
Nie
bez powodu Kalsoy nazywana jest najbardziej tajemniczą wyspą Wysp
Owczych. Wąskie tunele, strome klify i maleńkie wioski sprawiają, że ma
się wrażenie, jakby czas płynął tu zupełnie inaczej.
Na
samym końcu wyspy stoi charakterystyczna latarnia Kallur, jedno z
najbardziej rozpoznawalnych miejsc na Wyspach Owczych. Widok z klifów
zapiera dech w piersiach i trudno uwierzyć, że natura potrafi stworzyć
coś tak spektakularnego.
Jest
tu również miejsce, które skłania do chwili zadumy: grób Jamesa Bonda.
Oczywiscie nie spoczywa tu żaden agent 007 lecz fikcyjna postać z
filmu "Nie czas umierać". To właśnie na Kalsoy nakręcono finałowe sceny
tej produkcji, a symboliczny nagrobek stał się atrakcją dla fanów kina z
całego świata.
Kunoy
Wyspy
Owcze kojarzą się głównie z surowymi klifami, trawiastymi dachami i
oceanem. Przez porywisty wiatr i panoszące się wszędzie owce, drzewa na
archipelagu to absolutna rzadkość. I to właśnie ta niezwykłość
przyciągnęła nas na wyspę Kunoy.
Znajduje
się tu niewielki, urokliwy lasek, który w tym bezdrzewnym krajobrazie
wygląda niemal surrealistycznie. Zielone korony drzew otoczone przez
góry tworzą niesamowity, bajkowy kontrast. Dla takich nieoczywistych perełek warto zbaczać z utartych szlaków!
Múli
Múli
to niewielka osada znajdująca się w północno-wschodniej części wyspy
Borðoy. Przez stulecia mieszkało tu zaledwie po kilkanaście osób,
odciętych od świata, walczących z surowym klimatem Atlantyku. Aby tu
dotrzeć, trzeba było iść pieszo szlakiem wzdłuż klifów albo płynąć
łodzią po wzburzonym oceanie.
Múli
to ostatnia miejscowość na Wyspach Owczych, do której doprowadzono
prąd, stało się to dopiero w 1970 roku! Władze w ten sposób próbowały
powstrzymać wyludnianie osady. Niedługo po podłączeniu elektryczności
wybudowano nawet szutrową drogę. Jednak postęp nie wygrał z ludzkim
pragnieniem łatwiejszego życia. Młodzi wyjeżdżali do większych miast, a
ostatni stali mieszkańcy opuścili Múli w 1998 roku.
Dziś
Múli oficjalnie nosi miano „miasta duchów”. Nie jest to jednak
całkowita ruina. Dawne domy z trawiastymi dachami nadal stoją, a
potomkowie dawnych mieszkańców wracają tu latem, traktując Múli jako
odskocznię od cywilizacji i miejsce na urlop. Nie ma tu sklepów,
kawiarni ani tłumów. Jest tylko przejmująca cisza, wrażenie przebywania
na krawędzi globu i niesamowita historia miejsca, które przegrało z
nowoczesnością.
Viðareiði
Viðareiði
to bez wątpienia najbardziej spektakularna wieś na całych Wyspach
Owczych. Leży na samej północy archipelagu, wciśnięta w wąski przesmyk
wyspy Viðoy, z szalejącym oceanem po obu stronach i potężnymi górami
wyrastającymi bezpośrednio za domami.
Poza
kadrami jak z obrazka, Viðareiði ma swoją niesamowitą i nieco mroczną
historię. Tutejszy stary kościół przez wieki miał ogromnego pecha do
atlantyckich sztormów. Fale potrafiły być tak silne, że spłukiwały część
cmentarza do morza, a lokalna legenda głosi, że wypłukane trumny
dryfowały wzdłuż fiordu aż do sąsiedniej osady Hvannasund, skąd
mieszkańcy wyławiali je i odwozili z powrotem do ponownego pochówku. Dzisiejsza świątynia stoi już w bezpieczniejszej odległości, ale niezwykła atmosfera pozostała.
Co
najciekawsze, Viðareiði to żaden skansen. Normalnie żyją tu ludzie,
działa mała szkoła, a po drogach spacerują owce. Z jednej strony
przytulne domki z trawiastymi dachami, z drugiej świadomość, że dalej na
północ jest już tylko pusta przestrzeń w stronę Bieguna.
Klaksvík
Klaksvík
to drugie co do wielkości miasto archipelagu i niekwestionowana stolica
farerskiego rybołówstwa. Choć ma industrialno-portowy charakter, jest
niesamowicie malowniczo położone, wciśnięte w głęboki fiord, u stóp
strzelistych, zielonych gór. Nad całą osadą góruje charakterystyczny
szczyt Klakkur, z którego po krótkim trekkingu rozciąga malownicza
panorama na sąsiednie wyspy.
Spacerując
po mieście, koniecznie trzeba zajrzeć do portu. To właśnie tutaj
najmocniej czuć autentyczny klimat Wysp Owczych, zapach słonej wody,
odgłosy silników kutrów i rytm życia podporządkowany oceanowi. Spędziłam
w Klaksvík co prawda tylko parę godzin, ale na Wyspach Owczych miast
jest tak niewiele, że nawet krótka wizyta to przemiła odskocznia od
szlaków, oceanu i ciągłej wszechobecnej zieleni. Zdecydowanie warto tu
wpaść, choćby na moment.